niedziela, 8 maja 2016

Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty!


Zaczęło się. Życie. Kwitnienie i pączkowanie. Cały ogród wybucha nam za oknami feerią barw i zapachów. Gdyby nie wieczorne chłody, krzątalibyśmy się po ogrodzie cały dzień. Wieczorem wciąż jeszcze dobrze jest usiąść pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty w dłoni, ale w ciągu dnia w powietrzu unosi się już obietnica lata.


Chciałabym móc opisać słowami te wszystkie dźwięki, które towarzyszą nam teraz od rana do wieczora. Budzimy się przy śpiewie słowików, a zasypiamy słysząc gardłowy rechot żab (ku przerażeniu Darka, który boi się ropuch). Przez cały dzień towarzyszy nam brzęczenie i bzyczenie, terkotanie i trele i ten cudowny, kojący szum liści tańczących na wietrze. Ale najbardziej lubię podsłuchiwać rano szpaki, które uwiły sobie gniazdko pod dachówkami. Gdy wszyscy w domu jeszcze śpią, ja siadam przy oknie z kubkiem kawy i nastawiam uszu. Rodzina szpaków skrzeczy i podśpiewuje od świtu. W ich gniazdku pojawiły się młode i teraz doskonale wiemy kiedy rodzice wracają z łowów. W gniazdku rozbrzmiewa wtedy ogromny krzyk i rwetes. Dzieje się tak średnio co pięć minut. Ale się rodzice muszą przy nich nalatać. Maluchy są głodne, wiecznie głodne. Muszą szybko nabrać sił i urosnąć. Latem na jabłoniach i wiśniach pojawią się pyszne owoce, a to dla szpaków nie lada gratka. Nasz skromny sad jest niewątpliwym powodem, dla którego szpaki zagościły pod naszym dachem. No, pod dachówką ;)


Jabłonki rozkwitły jak oszalałe. Wystarczyło tylko je podciąć i zasilić odrobinę nawozem. Tak bardzo pragnęły, by ktoś się o nie zatroszczył, że teraz odwdzięczają nam się milionem kwiatów i tym wyjątkowym zapachem. Zapach wabi zresztą nie tylko nas. Wystarczy zbliżyć się do sadu, bu w uszach aż zahuczało od bzyczenia pracujących w pocie czoła owadów. Pełno tu pszczół i bąków. Motyle też lubią sobie przysiąść na kwitnących jabłonkach. Napełniamy codziennie płaski pojemnik z wodą i ustawiamy w cieniu drzew. Z takiego baru z orzeźwiającym napojem chętnie korzystają i owady i ptaki. A wieczorem na drinka przychodzą jeże. Nigdy jeszcze ich nie widzieliśmy, jak popijają, ale pojemnik znajdujemy nad ranem czasem przewrócony. Więc ktoś z niego korzysta ;) I tylko zachować się nie umie przyzwoicie.


A gdy tak natura nam szaleje i wybucha na soczyste kolory, w naszych głowach rozkwitają kolejne pomysły. Choć nabraliśmy już nieco więcej spokoju. Dziś już wiemy, że łapanie wielu srok za ogon może się skończyć niezłym zawrotem głowy. Zdecydowaliśmy w tym roku skupić się na remoncie dworku i... Na plaży. To właśnie jej najbardziej brakuje w okolicy. Wkra wije się wzdłuż całej dworkowej posiadłości i to właśnie ONA jest naszym największym skarbem. Kto był nad Wkrą, ten wie, że to rzeka wyjątkowa. Jedna z najczystszych rzek w Polsce. Cudownie kręta i... ciekawostka- jedyna rzeka w naszym kraju, która płynie w przeciwnym kierunku. Nie z południa na północ- w stronę morza, ale z północy na południe.

Pomimo wszystkich swych zalet i uroków, Wkra jest wciąż rzeką mało znaną. Mało na jej brzegach uroczych i czystych plaż, a szkoda, bo do kąpieli nadaje się wyśmienicie. Na wielu odcinkach jest dosyć płytka i bezpieczna. Dokładnie tak jest na odcinku w Popielżynie-Zawadach. O samym pomyśle na plażę jeszcze napiszę. Tymczasem szykujcie leżaczki, wiaderka i grabki. Plażowanie zaczynamy już w czerwcu :)





niedziela, 20 marca 2016

Wiosenne porządki

Wielkanoc za pasem. Już za chwilę odpoczniemy nieco i zwolnimy tempo. Oderwiemy też myśli od planów i terminów, które ostatnio zapełniają nasze głowy i nasze kalendarze.

Tak wiele się cudnych spraw w naszym dworku wydarza, że gdybym chciała nadążyć z ich opisywaniem i zachować należyty porządek chronologiczny... Hmm. Pewnie musiałabym siedzieć przed komputerem od rana do wieczora.

Spróbuję przedstawić dworkowe wieści w telegraficznym skrócie. A w wolnej chwili może uda mi się niektóre historie rozwinąć i opowiedzieć Wam o tym wszystkim, co wydarza się między wierszami.

Każdy, kto ma ogród, ten zgodzi się ze mną, że wiosna to czas wzmożonych działań na froncie ogrodniczym. I nie ma tu znaczenia, czy mówimy o małym ogródku w centrum miasta, czy o wielkim ogrodzie pod miastem. Są rzeczy, które po prostu musimy zrobić. Przycinanie, grabienie, palenie, nasadzenia, nawożenie i ochrona przed licznymi tajniakami, którzy tylko czekają, żeby coś nam poobgryzać i poniszczyć. Tak- wiosna to dla ogrodnika czas prawdziwych zbrojeń i szykowania umocnień. Ruszamy na prawdziwą batalię. Walczyć będziemy o piękny ogród, który cieszy oko, ale też nie przysparza zbyt wiele kłopotu i tworzy samowystarczalny ekosystem, w którym wszystko, nawet najmniejszy robaczek spełnia jakąś rolę.

W naszym przypadku batalia będzie wyjątkowo trudna. Nie dość, że musimy zadbać o wygląd zieleni wokół dworku, to jeszcze musimy wiele rzeczy odtworzyć i podnieść z ruin. A to wszystko pod bacznym okiem konserwatora zabytków. Zanim zaczniemy myśleć o nasadzeniach i upiększaniu terenu, musimy najpierw zaprowadzić tu porządek i uporać się z paroma problemami.

O jednym z nich już pisałam. Nasze zabytkowe kasztanowce padły ofiarą bardzo popularnego w Polsce szkodnika. Ze szrotówkiem kasztanowcowiaczkiem walczymy od zeszłej jesieni. Wszystkie liście były dokładnie zgrabione i spalone. Spalone musiały być też wszystkie kasztany. Stąd ktoś, kto w listopadzie przejeżdżał obok dworku mógł pomyśleć, że otworzyliśmy strzelnicę. Palone kasztany strzelają z głośnym hukiem. Zdajemy sobie jednak sprawę, że na pewno nie udało nam się zgrabić i spalić wszystkich liści. Teren jest zbyt duży, a wiatr nie był po naszej stronie i roznosił liście kasztanowców po całej okolicy. Żeby uchronić kasztanowce przed larwami szrotówka pełznącymi z suchych liści z powrotem na drzewa, będziemy nasze olbrzymy owijali folią zabezpieczającą. Nie jest to rozwiązanie idealne, bo do pokrytej lepem foli przyklejają się również pożyteczne owady. Obawiam się jednak, że nie mamy wyjścia. Nasze kasztanowce były w na prawdę kiepskim stanie. Liczymy na to, że może uda nam się podleczyć je na tyle, by w przyszłym roku stosowanie folii nie było konieczne. Ale efekty naszych zabiegów poznamy dopiero, gdy na kasztanowcach pojawią się ich rozczapierzone liście.

Nad Kasztanowym Zakątkiem czuwa nasza Bozia
Absolutnie największą wartością dworkowego parku są właśnie drzewa. Istniejący tu starodrzew liczy sobie prawie 200 lat. I choć kochamy je wszystkie i gotowi jesteśmy ich bronić przed wszelkim złem, to najmłodsze drzewa są naszym oczkiem w głowie. Dwa niewielkie sady jabłoni liczą sobie nie więcej niż 60 lat. A mimo to, to właśnie one skradły nam serce. Wystarczyło, że zobaczyliśmy je na wiosnę, jak kwitną i roztaczają wokół słodki zapach wabiący uwijające się w ich gałęziach pszczoły. Delikatne, białe płatki opadały powoli na ziemię przy każdym, najdelikatniejszym nawet podmuchu wiatru. A wśród gałązek podśpiewywały szpaki, niemogące się już doczekać, kiedy kwiaty zamienią się w owoce. Jeden z sadów rośnie na tyłach dworku i tworzy cudowne tło dla wiosenno-letnich kolacji na tarasie. Drugi sad rośnie za hotelem. Oczami wyobraźni widzimy gości hotelowych, jak spacerują w cieniu jabłoni. Widzimy te wesela i przyjęcia pod jabłoniami. Widzimy sok ze świeżych jabłek na każdym stole w restauracji i kwiaty jabłoni w wazonach. I jeśli to możliwe, by być zakochanym w czymś, co jeszcze nie powstało... My już zakochaliśmy się w naszych wyobrażeniach o tym miejscu.

Ale powoli. Wszystko po kolei. Zanim poczęstujemy naszych gości pysznym sokiem z własnych jabłuszek, najpierw musimy się upewnić, czy drzewka będą owocować. Niestety zostały mocno zaniedbane.

Gdy tylko zaczęliśmy je podcinać okazało się, że niektóre są bardzo zniszczone. Ziemię nawieźliśmy, suche gałęzie usunęliśmy i nawet najsłabszym drzewkom postanowiliśmy dać szansę. Może gdy tylko poczują, że ktoś znowu się o nie troszczy- rozrosną się jak nigdy. Jeśli obiecacie, że nikomu nie powiecie, to przyznam Wam się, że o świcie czasem wśród naszych jabłonek spaceruję i śpiewam im cichutko. Darek stwierdził, że od mojego śpiewu prędzej wszystkie uschną niż zakwitną, ale ja się nie poddaję. Jak mi Bóg świadkiem- nasze jabłonki wydadzą w tym roku piękne i pyszne owoce.

Zaniedbane jabłonki rozrosły się i osłabły. Konieczne było strzyżenie. I choć teraz wyglądają bardzo smutno, już lada moment puszczą młode pędy i bajecznie się zazielenią.
Gdy już zatroszczymy się o nasze drzewa, będziemy musieli cały teren ogrodzić. Dziki urządziły nam w ogrodzie prawdziwe pole minowe z rowami przeciwpiechotnymi. Na liście zadań widnieje też oczyszczanie stawu i renowacja bruku tworzącego zabytkową aleję prowadzącą do dworku.

A tymczasem dalej oczyszczamy teren z samosiejek i suchych drzew. Zabraliśmy się też za porządkowanie lasu. Ale to już inna historia i szykuje się kolejny wpis na blogu. Wpis pełen niespodzianek, jak i sam las.

wtorek, 23 lutego 2016

Wybudzamy się z zimowego snu, czyli plany, plany

Park wokół dworku powoli budzi się z zimowego snu.

W okolicy naszego karmnika i budek lęgowych ruch, jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Gdybyście widzieli te pyszne i kaloryczne mieszanki, jakie sypaliśmy do karmnika przez całą zimę... Olej kokosowy z odrobiną miodu wymieszany z nasionami i suszonymi owocami. Nic dziwnego, że u Ptaszyńskich teraz takie poruszenie. Mazurki, bogatki i kowaliki muszą się trochę nalatać, żeby odzyskać dawną linię. To nie żarty, bo zaraz rozpoczną się gody. Trzeba się jakoś prezentować przed wybranką ;)

Na bzach pierwsze pączki. Tylko czekają na odrobinę ciepła, by mogły pęknąć i wylać z siebie całą tłumioną pod śniegiem zieleń. Przechodzę koło nich codziennie i mam ochotę pogłaskać je po gałązkach i uspokajająco powiedzieć:
- Jeszcze tylko chwilka. Poczekajcie. Już niedługo wybuchniecie życiem.
Rozumiemy nasze bzy bardzo dobrze. Sami też musieliśmy zapaść w sen zimowy. Cały dworek wstrzymał na dłużej oddech i, zamiast żyć realizacją śmiałych planów, odłożył je wszystkie do wiosny. Jesteśmy coraz bardziej zniecierpliwieni, a chęć do działania aż buzuje nam pod skórą.

Ale wiosna przyszła, jak to wiosna. Po cichutku, na paluszkach i schowała się za rogiem. Jest już tutaj, choć ukryta. Czeka cierpliwie w kretowisku i w rozmarzającym stawie. Siedzi przycupnięta na gałązce bzu i stroszy piórka. Czeka. Na odrobinę więcej słońca i odrobinę więcej ciepła. I my też czekamy, a razem z nami cały dworek.

Gdy tylko się ociepli (i osuszy), ruszamy z remontem naszej starej chałupiny. Czeka nas nie lada wyzwanie, bo lata zaniedbań zrobiły swoje. Zmiana więźby dachowej, rekonstrukcja tarasu, zupełna zmiana wykuszu i elewacji. Trzeba zadbać o piwnice i osuszyć fundamenty. A we wnętrzach zaprowadzić porządek iście dworkowy.

Ale przecież nie samym dworkiem to miejsce żyje. Dworek jest niewątpliwie jego sercem, ale na wiosnę musimy też zadbać o cały park. Na pierwszy rzut idą sady. Biedne, zapomniane i przerośnięte sady, które już nawet nie miały siły owocować. Będziemy strzyc, będziemy nawozić, szczepić i... mówić do naszych jabłoni. Bo nie wiem, czy wiecie, ale gdy się do roślin mówi, to lepiej rosną i owocują. Tematów do rozmów na pewno nie zabraknie. Tyle się w tym życiu dzieje i tyle wydarza. I tyle to wszystko rodzi nadziei i wątpliwości.

Gdy już zadbamy o jabłonki, bierzemy się za schorowane kasztanowce. Ponad stuletnie olbrzymy, które są (obok alei akacjowej) wizytówką naszego parku. O naszej walce z perfidnym szrotówkiem kasztanowcowiaczkiem już pisałam. W tym roku ruszamy do walki z nim uzbrojeni w ciężki sprzęt. Taśmy z lepem już zakupione.

Na leczenie czekają również stawy. Na chwilę obecną to właściwie sadzawki błotne. Ale jeśli się ma pod opieką stawy, nad brzegiem których dawniej czytywała swoje książki Zofia Trzcińska-Kamińska... No, cóż. Oczyszczenie ich i wypielęgnowanie to kwestia honoru ;) 

Na koniec trzeba jeszcze będzie uprzątnąć cały park z niepotrzebnych chaszczy i chwastów, zrobić nasadzenia tam, gdzie aż się prosi by coś rosło i cieszyło oczy i przełożyć bruk, bo miejscami przypomina bardziej poligon niż zabytkową aleję.

Co tu dużo gadać. Czeka nas ogrom pracy. I chyba brakuje nam piątej klepki, bo gdy tylko myślimy o tym nawale zadań, buzie nie przestają nam się uśmiechać. I zupełnie jak te bzy- chęć do życia aż nas rozsadza od środka. Czekamy tylko na wiosnę, by wybuchnąć i ruszyć do działania.


wtorek, 13 października 2015

Co nagle, to po diable, a co się odwlecze, to nie uciecze

Nadeszła jesień. Obserwowaliśmy, jak się zbliża i nie mogliśmy uwierzyć, że to już. Lato minęło za szybko. Ale lato zawsze mija za szybko. Zanim zdążymy nacieszyć się jego ciepłem, już go nie ma. W miejscu skąpanych w słońcu poranków, pojawia się rześki chłód i szron na trawie. Świeże owoce zastępują te ze słoików i puszek. A długie, letnie wieczory przy radosnej paplaninie przyjaciół zamieniamy na jeszcze dłuższe wieczory pod ciepłym kocem.


A jednak obserwowanie tych zmian dodaje nam otuchy. Nie martwimy się zupełnie, bo wiemy, że za rok o tej porze będziemy już odcinać pierwsze kupony po całym lecie spędzonym na prowadzeniu plaży i baru nad rzeką.


Jeśli śledzicie naszą przygodę od początku, to na pewno wiecie, że plany były śmiałe. Jeszcze na początku lata, gdy wypowiedzieliśmy to pierwsze zdanie zaklęte w nazwie bloga, byliśmy pełni nadziei, że przynajmniej niektóre z tych planów uda się zrealizować jeszcze w tym roku. Niestety. Remont samego dworku przesunął się na wiosnę. Konieczna jest wymiana całego dachu, a wolimy tego nie robić przed zimą. Jeszcze do niedawna mieliśmy nadzieję, że do zimy uda się odrestaurować zabytkowy park otaczający dworek. Część prac rozpoczniemy w tym roku, ale na efekt końcowy będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. To ogromne przedsięwzięcie, sama inwentaryzacja terenu i projekt trwają już 2 miesiące. A my zawiesiliśmy sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Chcemy, aby park stał się jednym z piękniejszych tego typu miejsc w tej części województwa. Kieruje nami nie pycha, ale ogromne serce dla miejsc z przeszłością. Na szczęście spotkaliśmy na swojej drodze ludzi tak bardzo "na miejscu" do tej roboty, że dziś aż się boję pomyśleć, co by było, gdybyśmy ich nie spotkali. Projekt renowacji zabytkowego kompleksu parkowego w Popielżynie-Zawadach wykonuje Pani architekt Dorota Sikora, wspierana przez męża. I będziemy się chwalić Panią Dorotą na lewo i prawo, bo ta kobieta to prawdziwy skarb i źródło ogromnej wiedzy z zakresu zabytków.


Kolejnym planem na ten rok było rozpoczęcie prac wykończeniowych w hotelu. I tu też poprzesuwało się w czasie niemal wszystko, co tylko mogło się przesunąć. Mieliśmy wręcz wrażenie, że im głębiej wgryzamy się w temat, tym więcej twardych orzechów do zgryzienia napotykamy. I choć nie sądziłam, że to powiem (ja-podobno w gorącej wodzie kąpana), dobrze wyszło. Każde opóźnienie w pracach traktujemy, jak te dodatkowe kilka minut doliczone do meczu. To dla nas szansa, żeby coś zaplanować jeszcze lepiej, dograć jeszcze dokładniej. A przy okazji takich opóźnień wpada nam do głowy bardzo dużo ciekawych pomysłów. I oby tylko życia starczyło, żeby wszystkie zrealizować :)

Tymczasem planujemy i obmyślamy dalej. I dalej podglądamy skradającą się do nas jesień :)


poniedziałek, 28 września 2015

Dom z duszą, czyli historia Zygmunta Tarło

Każdy dom ma swoją historię. Już od pierwszych chwil od wprowadzenia się nowych lokatorów zimne dotąd mury zaczynają żyć życiem swoich mieszkańców. Nasiąkają, jak chusteczka ich troskami i zmartwieniami, ale też promieniują ich radością i ciepłem. W przypadku starych domów ich historia potrafi być bardzo bogata. Często wchodząc do starego budynku mamy wrażenie, że jego korytarze i pomieszczenia mają duszę. I choćby po kątach straszyły pajęczyny, a na meblach rosły kolejne warstwy kurzu, my wiemy, że te stare mury żyją. Żyją i po cichutku szepczą swoje opowieści. Jeśli tylko usiądziemy kiedyś na starym fotelu i wsłuchamy się uważnie, to kto wie... Może uda nam się usłyszeć którąś z nich. Choć najprawdopodobniej weźmiemy je za zwykłe skrzypienie schodów i świst wiatru w nieszczelnym oknie.

Dworek na początku lat 50'tych. 
Dworek wybudowano w 1866 roku. Z początku był siedzibą zamożniejszych właścicieli ziemskich, ale na przestrzeni lat zmieniał zarówno swoich mieszkańców, jak i swoje przeznaczenie. Tylko pomyśleć, jakie dramaty mogły się tu rozgrywać, gdy we dworku stacjonowało podczas wojny wojsko niemieckie. Albo jak brzmiał śmiech dzieci biegnących na lekcje w zorganizowanej we dworku szkole. Ile razy ktoś zakrzyknął: „Na zdrowie!”, gdy w salonie, przy kominku trwało wesele. I... No, cóż. Ile miłosnych westchnień usłyszały ściany pokoi na górze.

Nasz dworek ma duszę. Nie mamy co do tego żadnej wątpliwości. Poczuliśmy to od razu i czujemy nadal. Wiemy, że gdyby te stare ściany i te stare drzewa w parku mogły mówić, to opowiedziałyby nam nie jedną ciekawą historię. O części z nich słyszymy zresztą od naszych sąsiadów i od ludzi, którzy dawniej we dworku mieszkali lub pracowali. I choć każda historia jest warta tego, by ją opowiedzieć, jedna szczególnie zauroczyła mi serce. Gdy skończycie czytać ten tekst, będziecie wiedzieli, dlaczego.

fot. /mjp.najlepszemedia.pl/
Poznajcie Zygmunta Tarło. Jest rok 1915. Niestety nie mamy jego zdjęcia z czasów, gdy był w wojsku, ale w mundurze legionisty II Brygady Legionów Polskich  musiał wyglądać bardzo podobnie do tych dwóch dżentelmenów ze zdjęcia. Zygmunt Tarło był wykształcony i pochodził z majętnej rodziny. Nie potrafił tego ukryć i nawet nie musiał. Widmo wojny mobilizowało wielu młodych ludzi do działania, a wśród inteligencji duch patriotyczny stawał się coraz silniejszy. Do wojska zaciągali się artyści i myśliciele, by razem z rodakami bronić kraju. Gdy tylko zorientowano się, że młody Zygmunt potrafi utrzymać się w siodle, przydzielono go do plutonu kawalerii sztabowej. Być może tutaj historia mogłaby się skończyć. Świeżo upieczony kawalerzysta mógł zostać wysłany na front, a nie będąc ani specjalnie silnym, ani biegłym w posługiwaniu się bronią, prawdopodobnie by wojny nie przeżył. Jednak któregoś dnia do koszar przyszedł nietypowy list. List napisany przez Zygmunta Kamińskiego, nota bene twórcę obecnego wzoru godła Rzeczypospolitej Polskiej. W swoim liście prosił on o zwolnienie ze służby kawalerzysty Zygmunta Tarło. Twierdził bowiem, ponad wszelką wątpliwość, iż Zygmunt Tarło jest w rzeczywistości jego żoną, która kilka miesięcy wcześniej ogoliła swe bujne loki i ubrała męski strój, by zaciągnąć się do wojska.

Zofia Trzcińska-Kamińska w swoim żywiole. fot. /www.dziennik.com/
Zofia Trzcińska-Kamińska przeżyła wojnę. Jedną, a potem drugą. Jest jedną z bardziej znanych polskich rzeźbiarek i jedną z barwniejszych historii tego miejsca. Tutaj żyła i tutaj tworzyła swoje rzeźby w okresie międzywojennym i w latach 60'tych ubiegłego wieku, gdy dworek udało jej się odzyskać. Przechadzała się wśród kasztanowców i czytała książki nad stawem. Jeździła swoim małym gigiem, który sama powoziła do pobliskiego Jońca na msze. To właśnie jej rzeźba św. Marii spogląda zamyślona na dworek i wita wszystkich naszych gości. Nazywamy ją żartobliwie naszą Bozią. Nie skłamię, jeśli powiem, że to właśnie Bozia przekonała nas do zakupu tego miejsca. Mamy z moją mamą do Bozi stosunek szczególny. Już w pierwszych dniach mama zasadziła przy Bozi krzak róży. Ja? Zdarza mi się przy Bozi przyklęknąć, gdy nikt nie widzi.

Nasza Bozia
Gdy pierwszy raz usłyszałam tę niesamowitą historię, wyobraziłam sobie młodą dziewczynę pełną pasji i wiary w słuszność swoich wartości. Dziewczynę, która w obliczu zagrożenia postanowiła walczyć o swój kraj, choćby nawet w przebraniu mężczyzny. Dziewczynę, która dla swoich ideałów gotowa była porzucić domowe wygody i dopiero co poślubionego męża. Dziewczynę, o której może nawet mówiono, że jest w gorącej wodzie kąpana, ale której nikt nie mógł odmówić siły charakteru. Dziewczynę... po prostu cholernie upartą, o której jej mąż napisał: “wyczuwało się w jej zachowaniu pewność siebie, bezwzględną odwagę, porywczość, prawdomówność posuniętą aż do zadziorności i górujące ponad wszystkim namiętne zaciekawienie życiem... “.

No, sami powiedzcie. Niezły temat na film, co?

Zofia Trzcińska-Kamińska w młodości. fot. /www.dziennik.com/

środa, 26 sierpnia 2015

Tam, gdzie zaczynają się schody

Każdy stary dom kryje w sobie wiele niespodzianek. A jeśli mowa tu o budynku tak starym i o tak bujnej przeszłości, jak dworek... No, cóż. Niespodzianki kryją się w każdym kącie. Ostatnio zorientowaliśmy się na przykład, że na archiwalnych planach budynku z lat 50'tych nie ma piwnicy. A piwnica jest i to prawie pod całym budynkiem, ma ponad 2 metry wysokości i sklepienie łukowe. Raczej mało prawdopodobne, żeby ją ktoś dobudował. Tak jak ciasta nie zaczyna się od położenia wisienki na kremie, tak domu nie zaczyna się od dachu, ale od fundamentów i piwnicy. Więc nasza piwnica ma pewnie tyle lat, co dworek.

Ale nie będziemy się czepiać. Przy tylu remontach i przebudowach coś się mogło w dokumentacji zagubić. Pal sześć, że to coś to ogromna, ponad stumetrowa piwnica ;)


Poprzednie remonty przyniosły zresztą wiele innych niespodzianek. Większość z nich spędza nam teraz sen z powiek. A, co tam! Największe trudności z zasypianiem będą teraz mieli architekci, z których pomocy i wiedzy czerpiemy pełnymi garściami. A trudności, jak to trudności. Zaczynają się tam, gdzie zaczynają się schody.


Ale po kolei. Dworek poddasze miał zawsze. Jednak gdzieś w międzyczasie pojawiło się na poddaszu trochę zmian, z których nie wszystkie są "trafione". Ktoś dodał cegłę w sypialniach i dokoła okna nad schodami. Możemy się domyślać, że miał to być zabieg estetyczny. Taki ceglano-rustykalny styl był na topie jakieś 20 lat temu. I fajnie. Jeśli się lubi cegły, to wszystko gra. Sama je uwielbiam za kolor i chropowatą fakturę. Problem tkwi jednak w zgodności stylów. Na parterze cegła nie pojawia się nigdzie. Bo i czemu miałaby się pojawiać. Surowa cegła była w XIX wieku widywana w oborach, budynkach gospodarczych, ale nie we dworkach. Dworek, choćby tak skromny, jak ten w Popielżynie-Zawadach był zwykle jasny i przestronny. Ściany malowano na biało, rzadziej tapetowano. Wnętrza pozostawały proste (w końcu to dworek wiejski a nie jakiś kapiący złotem i zdobieniami pałac) i praktyczne. A tu, ni stąd, ni zowąd- cegła. I to w dodatku nie spełniająca żadnej funkcji i dodająca wnętrzom na poddaszu ciężkości. Mówiąc po babsku- to trochę tak, jakby założyć dresy do pantofelków na obcasie. Hmm... chociaż w sumie chyba nie trafiłam z tym porównaniem. Jak się tak czasem spojrzeć na modę z ulic Warszawy, to i szpilki i dresy i jeszcze do tego czerwone korale ;)
  

Nad cegłą nie zastanawialiśmy się długo. Postaramy się ją jednak uratować i wykorzystać. Może altana w ogrodzie? Albo warsztat ogrodniczy?

W sypialniach na poddaszu pojawiły się też belki. Znowu- nie spełniają żadnej funkcji poza estetyczną. Stały się natomiast stołówką dla korników. Belki też się nie obronią.

Jednym z elementów, które chcielibyśmy zachować jest podłoga. Na poddaszu drewniany parkiet jest w zadziwiająco dobrym stanie. Niestety spory problem stanowi sypialnia umiejscowiona w wykuszu nad wejściem frontowym. Wykusz został dobudowany w latach 50'tych i... jak to ładnie ująć? Majster musiał mieć bardzo brudne okulary. W pomieszczeniu nie ma ani jednego kąta prostego, a po podłodze można by toczyć kulki. Czeka nas jednak zrywanie dachu i więźby, więc wspólnie z architektami obmyślamy jakby tu wszystko nieco naprostować.


Kolejny kłopot to stanowczo za małe okienka w sypialniach. Ich wielkości nie możemy wyraźnie zmienić, bo to zmieniło by wygląd zewnętrzny budynku, a na to nie możemy sobie pozwolić. Chcemy jednak spróbować podnieść okna odrobinę, tak by w rezultacie wpuszczały więcej światła.


Prawdopodobnie najciekawszym pomieszczeniem na poddaszu jest salon. Razem z sypialnią małżeńską i niewielką łazienką tworzą intymny apartament odgrodzony od reszty poddasza drzwiami. To całkiem fajny pomysł, który przypadł do gustu mamie i jej mężowi. Salon będzie ich prywatnym miejscem relaksu, gdzie po całym dniu spędzonym z odwiedzającymi ich wnukami, będą mogli trochę odpocząć i poczytać książkę. Tu też chcemy zrezygnować z belek i cegły, a przytulny klimat wprowadzić miękkimi meblami wypoczynkowymi i dodatkami. Dodatki to to, co z mamą lubimy najbardziej, więc coś czuję, że właśnie to pomieszczenie będzie w całym dworku najprzytulniejsze.

Wiele pracy przed nami. Projekty już powstają, ale zaczynam się martwić czy zdążymy przed zimą. Na początku myśleliśmy, że wystarczy naprawić i uzupełnić dachówkę. W takim wypadku wnętrza moglibyśmy urządzać i remontować również zimą. Dziś wiemy już jednak na pewno, że do wymiany jest cały dach, a to mocno komplikuje sprawę. Trzymajcie za nas kciuki, żebyśmy zdążyli przed zimą.

wtorek, 28 lipca 2015

Zaczynamy od kuchni, czyli opowieść o wnętrzu przed remontem

No, dobrze. Najwyższa pora przedstawić i zaprezentować Jego Wysokość Dworek. Taki, jaki jest. Bez upiększeń i ulepszeń. A ponieważ Darek- tak się złożyło- jest architektem wnętrz, no to sami rozumiecie. Nie mam wyjścia i muszę napisać o wnętrzach.

Ciekawi nas Wasze wrażenie. My, po pierwszych oględzinach tego starego budynku, byliśmy mile zaskoczeni. Biorąc pod uwagę barwną historię dworku (mieściła się w nim między innymi szkoła, sala weselna oraz- w czasie wojny- stacjonowało tu wojsko okupanta) to cud, że wnętrza zastaliśmy w tak niezłym stanie. Faktycznie dworek przeszedł kilka większych remontów. Niestety wystarczyło się przyjrzeć, by zobaczyć, że raczej nie dbano tutaj o szczegóły. Tu ściana krzywa, tam jedno okno mniejsze od drugiego. Im dokładniej studiowaliśmy archiwalne plany budynku, tym bardziej Darek łapał się za głowę. Jesteśmy po wstępnych oględzinach budowlanych i już wiemy, że niemal każdy fragment budynku będzie, jeśli nie do wymiany, to na pewno do naprawy.

Ale po kolei. Kawałek po kawałku opowiem Wam w najbliższym czasie o wnętrzach. Przed nami Wielki Remont, więc te opowieści będą dla nas nie lada pamiątką.

Zwiedzanie trzeba zacząć tak po ludzku- od serca. A wiadomo przecież, że sercem każdego starego domu jest kuchnia.


Kuchnia i jadalnia znajdują się w jednym z alkierzy i są pomieszczeniami wyraźnie niższymi niż reszta domu. Przez to sprawiają od wewnątrz wrażenie, jakby były przyklejone od innego budynku. W rzeczywistości alkierze w dworkach były zazwyczaj mniejsze niż główna bryła; posiadały też własny dach i wejście. Taki zabieg oddzielał kuchnię (z jej zapachami i odgłosami) od bardziej formalnej części dworku.


Całość jest jednak bardzo przytulna. Być może jest to kwestia właśnie niskiego sufitu, który sprawia wrażenie jakby przytulał mieszkańców. A może to zasługa kuchni- chłodniejszej niż reszta domu- która aż się prosi, by napalić w piecu i postawić na ogniu gar z gorącą zupą. Od samego początku wiedzieliśmy, że te pomieszczenia kryją w sobie prawdziwą magię. Wiedzieliśmy, że jeszcze kiedyś zatętni tu życie, a wokół stołu zrobi się gwarno i wesoło. Zapachnie domowym rosołem i szarlotką.

Głównym mankamentem pomieszczeń w alkierzu jest brak światła. W kuchni- malutkie okno wychodzące na północ jest dodatkowo zasłonięte przez olbrzymią tuję, którą ktoś zasadził w tym miejscu chyba przyszłym pokoleniom na złość. Drzewko niemal całkowicie blokuje widok z kuchni, a w dodatku powoduje wilgoć. Przy ładnej pogodzie trzeba otwierać kuchenne drzwi i dopiero wtedy robi się w miarę jasno. Wolę nawet nie myśleć, ile światła dziennego dociera do kuchni zimą.


Drugie pomieszczenie służące do tej pory za niewielką jadalnię jest zbyt ciasne, by mogło pomieścić całą rodzinę. Ma jednak tę przewagę, że króluje w nim popołudniowe słońce. Dzięki dwóm, niczym nie zasłoniętym oknom w całym pomieszczeniu jest jaśniej i wyraźnie cieplej niż w kuchni.


Wspólnie z moją mamą i jej mężem szybko doszliśmy do wniosku, że oba pomieszczenia tworzące alkierz powinniśmy połączyć w jedną, dużą kuchnię. Otwarcie tej przestrzeni rozwiąże problem braku światła. W ciemniejszej i chłodniejszej części kuchni swoje miejsce znajdzie spiżarnia i te sprzęty kuchenne, których nie używa się na co dzień. Jaśniejsza część zamieni się w królestwo Pani Domu z długim drewnianym blatem kuchennym i stylizowanymi meblami. Możliwe, że uda nam się również powiększyć nieco okna, nie zmieniając przy tym ich charakteru.

No i niestety. Tuja musi odejść ;)